Aktualności

45 lat w mundurze i dla ludzi. Niezwykła historia najstarszego dzielnicowego

22.07.2026 • Daniel Niezdropa

W tym roku mija 100 lat od czasu, kiedy pierwszy raz dzielnicowi pojawili się w strukturach polskiej Policji. Pełniąc służbę na pierwszej linii kontaktu ze społeczeństwem, przez te wszystkie lata byli szczególnym łącznikiem między obywatelami a Policją. Stali nie tylko na straży bezpieczeństwa w podległych sobie rejonach służbowych, ale też egzekwowali przestrzeganie przepisów prawa. Dzisiaj są trwałym fundamentem funkcjonowania Policji. O tym, jak zmieniała się rola dzielnicowego – można powiedzieć na przełomie dziejów – porozmawiamy z aspirantem sztabowym Tadeuszem Cybulskim, który od 1986 roku ma swój rejon na warszawskim Mokotowie i jako jedyny funkcjonariusz w Polsce ma najdłuższy staż służby na tym stanowisku.


Zdjęcie: Marek Szałajski

Historyczne fakty

Jak już wspomnieliśmy, dzielnicowi to już przeszło cały wiek historii nierozerwalnie związanej z Policją Państwową, później Milicją Obywatelską, a dzisiaj Policją. I niewiele tu znaczą terminy określające naszą formację, bo na każdym etapie dziejowym tej ważnej dla państwa i społeczeństwa służby, dzielnicowi strzegli prawa, a przy tym budowali coś bardzo ważnego, a mianowicie komunikację z obywatelami. Przypomnijmy zatem, jak to wszystko się zaczęło…

26 sierpnia 1926 roku Rozkazem nr 330 ówczesnego Komendanta Głównego Policji inspektora Mariana Borzęckiego powołano do życia dzielnicowych cyt. pkt 9: „Do czynności w zakresie spraw administracyjnych i ogólno-policyjnego nadzoru na terenie komisarjatu przeznaczona jest odpowiednia ilość niższych funkcjonariuszów w stopniu przodownika (st. przodownika), którzy noszą nazwę dzielnicowych”.

Kolejny Rozkaz nr 331 z dnia 26 września 1926 roku podpisany przez tegoż samego komendanta – wprowadził instrukcję, która określała zakres zadań i obowiązków dzielnicowych oraz nakazywała utworzenie i obsadzenie stanowisk dzielnicowych od 1 października 1926 roku.

Dzielnicowy miał być szczególnym policjantem, który sprawował pieczę nad przydzieloną mu dzielnicą miasta, realizować tam zadania administracyjne i zbierać informacje cyt. „do użytku władz przełożonych i zwierzchnich”. Wydana w tym zakresie instrukcja sugerowała również, aby dzielnicowy mieszkał w tej dzielnicy, a jeżeli nie, to przynajmniej w jej pobliżu.

Budowanie kompetencji

I tak to wszystko się zaczęło. Od tworzenia struktur, zadań, które zmieniały się przez lata. Do tego stopnia, że dzielnicowy stał się na tyle wszechstronny, że mógł zajmować się niemalże wszystkim.

To jednak, choć czasem doskwierało mnogością różnych czynności, rodziło przede wszystkim olbrzymie doświadczenie i pogłębiało wiedzę, powodując, że dzielnicowi byli bardzo dobrze przygotowanymi policjantami, co z drugiej strony pozwalało im skutecznie pracować w terenie.

Z takim bowiem założeniem zostali powołani do pełnienia służby, aby w ramach obchodu utrzymywać stały kontakt z mieszkańcami swoich dzielnic, czyli przydzielonych im rejonów służbowych.

Obecnie są, tak jak już podkreśliliśmy – filarem, czyli podstawą działalności Policji w terenie i przede wszystkim policjantami, których wszyscy znają, bo takie jest założenie ich działania.

Najważniejsze są relacje społeczne

Mają być obecni wśród mieszkańców, budować więzi, pokazując, że Policja to służba przyjazna społeczeństwu. Może nie jest łatwo realizować to w realiach, kiedy również trzeba egzekwować przepisy prawa, ale w taki sposób tworzy się właściwy poziom bezpieczeństwa w myśl policyjnego motta „Pomagamy i chronimy”.

A tak po prostu, takim zwykłym ludzkim językiem, dzielnicowy to policjant, który potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, w każdym środowisku, bo ma świadomość, że jego służba to przede wszystkim praca wśród ludzi i dla nich.


Zdjęcie: Marek Szałajski   

O służbie dzielnicowego przez ostatnie 40 lat

To wyjątkowy kawał czasu i bez wątpienia wiele ciekawych doświadczeń i wspomnień. Aspirant sztabowy Tadeusz Cybulski nie dość, że posiada słuszny staż w policyjnej służbie (45 lat), to 40 lat jest już dzielnicowym i w tym zakresie jest rekordzistą w polskiej Policji.

Nie ukrywamy, że miło jest naszej Redakcji – móc porozmawiać z mokotowskim dzielnicowym zarówno o jego służbie, ale przede wszystkim o tym, jak wyglądała praca dzielnicowego w Warszawie przez ostatnie cztery dekady. Co się zmieniło? Czy na lepsze? Jak było kiedyś, a jak jest dzisiaj?

Zatem rozmowę czas zacząć…

Jak wyglądało wstąpienie do służby? Czy to była kontynuacja tradycji mundurowych w rodzinie, a może chęć pozostania stróżem prawa wzorem filmowego porucznika Borewicza czy też komiksowego kapitana Żbika? Każde pokolenie ma swoich bohaterów.

Służba to służba, tak to postrzegałem. Jestem z pokolenia, które mniej się zastanawiało, a więcej robiło. Dlatego, jak już obrałem swoją zawodową ścieżkę, to potraktowałem swój wybór bardzo poważnie i tak już jest do dzisiaj. Chociaż nie pochodzę z domu z tradycjami mundurowymi, to będąc młodym chłopakiem – miałem znajomych w służbach. O Borewiczu każdy wie, Żbika każdy zna, ja jednak stąpałem mocno po ziemi. Podjąłem decyzję o wstąpieniu do służby pod wpływem własnego i świadomego wyboru. I nie żałuję.

Jak to było w czasach, kiedy komputer ciężko było uraczyć? Z jakich urządzeń korzystało się kiedyś?

Przez te ponad cztery dekady w „niebieskiej” formacji byłem świadkiem technologicznych zmian nie tylko w życiu codziennym, ale też w służbie. Początki oczywiście nie zachwycały, była jedna maszyna na pokój, a przy tym pisało się na zmianę, nie mówiąc, że odręcznie. W dyspozycji mieliśmy też dalekopis, takie można powiedzieć zamierzchłe urządzenie łączące funkcje maszyny do pisania i telegrafu. Dzisiaj każdy ma komputer, smartfona, terminal i szereg innych udogodnień, które z założenia mają naszą służbę wspomagać i ułatwiać.


Zdjęcie: Marek Szałajski

„Wielozadaniowość” u dzielnicowych, czy to był mit, czy faktycznie, do czasu uporządkowania kompetencji byli kierowani do różnych zadań tj. patrole, dyżurki itp.?

To fakt – były takie czasy, że byliśmy niemalże od wszystkiego. Kto jak kto, dzielnicowy miał sobie nie dać rady (śmiech). Chyba byliśmy bardzo wyjątkowi, ktoś by powiedział, że to dzielnicowymi Milicja i Policja stały. Tak naprawdę, takie były czasy, taki podział kompetencji. I nie mi to oceniać. Dodam, że robiliśmy wszystko, co było zlecane, dochodzenia, poszukiwania itp. Dzisiaj wcale mniej pracy nie mamy, za to jest bardziej uporządkowana i każdy wie, do jakich spraw jest dzielnicowy.

„Kwity”, dokumenty, jak to było i jest z tym „dzielnicowym-listonoszem”? Czy dalej przekazuje korespondencję? Z jakich instytucji najczęściej i jakiego rodzaju?

Może już nie taki „listonosz”, jak kiedyś, bo jest wiele innych form komunikacji. Korespondencję doręczamy z reguły dla sądu i z innych wydziałów. W ramach realizowanych własnych spraw i prowadzonej dokumentacji również doręczamy wezwania.

Jak był postrzegany dzielnicowy kilka dekad temu? Czy miał może inny zakres zadań? W przedwojennej Polsce posiadał nawet kompetencje do kontrolowania jednostek Policji oraz innych funkcjonariuszy.

Mówi się, że był szacunek lub „strach” przed dzielnicowym. Ludzie na pewno go znali i widzieli często w terenie. Dzisiaj zresztą robi dalej to samo, czyli ma być blisko społeczeństwa i obywateli. Osobiście nie dostrzegam wielkich różnic w relacjach społecznych. Zawsze stawiałem na kontakt z ludźmi i rozmowę w każdej sprawie, nawet w tych najbardziej trudnych i skomplikowanych.

Jakim sprawami zajmował się dzielnicowy? Czy profilaktyka była od zawsze w jego zakresie zadań? W latach 70. miało miejsce swego rodzaju otwarcie na społeczeństwo, a szczególnie na młodzież. Wtedy były spotkania w szkołach, czy tak to wyglądało?

Spotkania z ludźmi, dziećmi oraz młodzieżą szkolną, to od kiedy sięgam zawodową pamięcią – zawsze było domeną dzielnicowych. Nawet ja, jeszcze jako uczeń, uczestniczyłem w takim spotkaniu z dzielnicowym z Komisariatu I przy ulicy Wita Stwosza 31. Niestety nie pamiętam jego nazwiska. Miało to miejsce w latach 1976-1978.


Zdjęcie: Paweł Koziatek

Czy faktycznie dzielnicowy znał wszystkie rodziny w swoim rejonie?

Potwierdzam, znał i był w każdym mieszkaniu co najmniej 1 raz w roku (śmiech). Prawda była taka, akurat w moim przypadku, że jak zostałem dzielnicowym, to musiałem odwiedzić wszystkie mieszkania w swoim rejonie. Nie było łatwo, bo zajęło mi to kilka miesięcy, ale w końcu to zrealizowałem. Zresztą nie powiem, zawsze dbałem o dobre relacje z mieszkańcami. Czasami moje odwiedziny zbiegały się nawet z wizytami księdza po kolędzie.

Czy były sytuacje, w których służba obchodowa zmieniała się w nieprzewidzianą interwencję, np. pościg za uciekającym sprawcą, czy też zatrzymanie na gorącym uczynku popełnienia rozboju, czy też innego przestępstwa?

Były zatrzymania – niejednokrotnie, szczególnie kiedy dzielnicowy „naszedł” na jakieś zdarzenie typu włamanie, kradzież. Mnie osobiście też zdarzały się takie sytuacje.

Najbardziej uciążliwym i szkodliwym społecznie przestępstwem od dekad i wieków zawsze były kradzieże. Co kradziono kiedyś, a z jakimi wydarzeniami ma do czynienia dzielnicowy teraz?

Był deficyt na rynku, części zamiennych brakowało, dlatego kradziono wszystko to, czego nie było w sklepach lub bywało niedostępne, na przykład akumulatory, koła od samochodów, a nawet paliwo. Dzisiaj też kradną, ale już mniej. Zresztą wszędzie jest monitoring i złodziej musi się dobrze maskować. Zdarzają się czasem uszkodzenia mienia czy wybryki chuligańskie. Dzisiaj mieszkańcy od razu dzwonią, kiedy coś się dzieje, albo oznaczają punkty na Krajowej Mapie Zagrożeń Bezpieczeństwa.

Lata 90. XX wieku to czas wzmożonej pracy Policji, związany z  większą aktywnością przestępców i przestępczości zorganizowanej. Jaką funkcję pełnił wtedy dzielnicowy? Czy miał respekt wśród przestępców?

Tamtejsi przestępcy czuli respekt, a może nawet na swój sposób szanowali swojego dzielnicowego. Złodzieje mieli natomiast taką zasadę, że u siebie nie kradli, czy nie rozrabiali, co innego na tzw. wyjazdach. Rolą dzielnicowego był i jest kontakt z mieszkańcami oraz pomoc w rozwiązywaniu problemów. To się nie zmieniło od lat.


Zdjęcie: Paweł Koziatek

W 2016 roku zainaugurowano program uspołeczniania roli dzielnicowego w społeczeństwie „Dzielnicowy bliżej nas”. Czy to było coś nowego?

Oczywiście powstały nowe przepisy, uporządkowano kompetencje. To był na pewno przełom.  Jednak pamiętajmy, że miasto rozrasta się w szybkim tempie i swoje zadania trzeba dalej realizować. Służba nie drużba, ruszamy i jak mówią „do przodu” (śmiech).

Jaki powinien był prawdziwy dzielnicowy? „Karzącą ręką” prawa i systemu, czy może mediatorem, rozjemcą i psychologiem? Czy warto rozmawiać z ludźmi i czy te rozmowy potrafią przynieść spodziewany skutek?

Prawdziwy dzielnicowy to przede wszystkim policjant oddany swojej pracy i służbie. Nie jestem zwolennikiem wspomnianej „karzącej ręki”, a bardziej dialogu i rozmowy. Czasem jestem i tym rozjemcą, a bywa, że i psychologiem. W zależności od sytuacji. Przyjmuję jednak, że każda metoda, jeżeli jest skuteczna, to powinna być stosowana.

Jak zmieniała się Warszawa w ocenie dzielnicowego, jak wygląda dzisiaj przestępczość, jak relacje społeczne, czy służba jest łatwiejsza?

Powiem krótko, kiedyś było inaczej. Jak już wcześniej wspomniałem, miasto ciągle się rozwija, a za tym wszystkim musimy nadążyć. Zresztą to my dzielnicowi wiemy najlepiej, jak wyglądało kiedyś. Tu gdzie dziś stoi galeria albo nowe osiedle – tam były pola i łąki. Na pewno łatwiej to już było i raczej nie będzie. Każdy dzisiaj wie, że o bezpieczeństwo trzeba dbać, bo taka jest rola Policji.

Obecnie organizowane są plebiscyty mające wyłonić najlepszych dzielnicowych. Czy takie przedsięwzięcia były również np. w latach 80. i 90.? Może był konkurs na najlepszego dzielnicowego KRP Warszawa II?

Tak miałem takie osiągnięcie, z kolegą od Komendanta załapaliśmy się na nagrodę pieniężną (śmiech). Nie powiem, było miło poczuć się wyróżnionym i docenionym. Zawsze uważałem, że wszyscy dzielnicowi zasługują na najwyższe laury.


Zdjęcie: Marek Szałajski

Jak wyglądały relacje z mieszkańcami, czy szanowali swojego dzielnicowego? Jak podchodzili do Policji kiedyś, a jak dzisiaj? Czy potrafili przyjść do komendy, rewiru podziękować, a może napisać list z gratulacjami?

Wszystko zależy od człowieka. Policjant, czy dzielnicowy, powinien mieć w sobie wiele cierpliwości oraz empatii. To pomaga w zrozumieniu ludzkich problemów. Do dziś spotykam mieszkańców, takich co dziękowali mi za „naprowadzenie” ich na dobrą drogę.  Mniej natomiast jest tych, którym chce się pisać podziękowania. Czasy mamy takie, że każdy gdzieś pędzi. I jak tu napisać podziękowanie, jak ciągle brakuje czasu (śmiech). Miło jest dostać „laurkę”, ale cenię też takie ludzkie prawdziwe gesty, jak szczery uśmiech, powiedzenie „miłego dnia”, czy też serdeczne podanie dłoni.

Czy przez te 40 lat warto było być dzielnicowym?

Uważam, że mam pewną satysfakcję z tej pracy, ale drugi raz bym się zastanawiał, co w życiu robić. Być może też wybrałbym taką zawodową ścieżkę. Wyboru swego jednak nie żałuję. Nie oglądam się za siebie i zawsze ruszam – jak już mówiłem – „do przodu”.

Jaka jest recepta na tak długą służbę? Czy jest ktoś z większym stażem w mundurze w komendzie na Mokotowie?

Nie znam dzielnicowego z dłuższym stażem, a recepta dla każdego jest indywidualna. Moja to być sobą, robić swoje i tak – jak powiedziałem, nie żałować i nie oglądać się za siebie. Ważnym jest też to, aby cenić kontakt z ludźmi.


Zdjęcie: Marek Szałajski

Czy kolejna dekada w służbie dzielnicowego jest jeszcze możliwa?

Raczej nie, myślę, że dam szansę moim kolegom. Moja służba to nie wyścig, a 45 lat spędzonych w policyjnym mundurze mówi samo za siebie. Oddałem Policji wiele serca i mam do niej olbrzymi szacunek.

Dziękuję za rozmowę.

Uznanie i szacunek wśród dzielnicowych

Aspirant sztabowy Paweł Koziatek Kierownik Rewiru V Dzielnicowych w Komendzie Rejonowej Policji Warszawa II o Tadeuszu Cybulskim wypowiada się z wielkim uznaniem i szacunkiem:

„Tadeusz jest policjantem, który całą swoją zawodową karierę spędził w pionie prewencji jako dzielnicowy mokotowskiej komendy. Jest jedyną znaną mi osobą, która na własnej skórze odczuła zmiany ustrojowe, technologiczne i społeczne. Można powiedzieć, że jest legendą dzielnicy Służewiec, takim niemalże stałym punktem odniesienia.

Mimo swoich lat jest bardzo zaangażowany w służbie, realizuje sprawy sumiennie i terminowo. Nie chce nawet myśleć o odejściu ze służby, bo jak mówi: lubi to, co robi, a praca przynosi mu satysfakcję – dodając, że – jak pójdzie na emeryturę – to zgnuśnieje.

Tadeusz jest bardzo lubiany przez innych dzielnicowych z Mokotowa. Wszyscy traktują Tadzia jako takiego – można powiedzieć drugiego ojca.

To dusza towarzystwa. Tadeusz często bawi nas swoimi anegdotami, opowieściami i wspominkami – jak to kiedyś w służbie i życiu bywało. Dla nas to chodząca skarbnica wiedzy, taki niemalże kronikarz historii mokotowskich dzielnicowych.

Chciałbym spędzić w służbie tyle lat, co Tadeusz”.

Od Redakcji

My również mamy wiele uznania dla służby aspiranta sztabowego Tadeusza Cybulskiego, jak i poświęcenia, bo bez tego szczerego zaangażowania – czy spędziłby w mundurze 45 lat?

Życzymy mu wiele zdrowia i szczęścia, wytrwałości i społecznego zaufania. I chociaż zakomunikował, że kolejnej dekady raczej już nie wysłuży, to nie powiedział wprost o przejściu w stan spoczynku.

Jest doskonałym przykładem na to, że można czerpać wiele radości oraz satysfakcji z tego, co robi się dla innych. Patrząc na przebieg jego służby, można śmiało powiedzieć, że w Policji każdy znajdzie dla siebie miejsce.

Tacy funkcjonariusze, jak aspirant sztabowy Tadeusz Cybulski, są najlepszą wizytówką policyjnej  formacji. Dzielnicowi natomiast, jak pokazuje historia, to trwały fundament w komunikacji Policji ze społeczeństwem.